fbpx

Gruzja

Zobaczyć Gruzję – dlaczego warto?

Każda osoba przybywająca do Gruzji pierwszy raz ma o tym kaukaskim państwie inne wyobrażenie. Wielu podróżnikom Gruzja kojarzy się z oszałamiającymi widokami górskimi, ciepłym morzem, z nieco „wschodnim zamieszaniem”, miejscem nie odwiedzanym jeszcze tak często przez turystów jak zachód… I to wszystko fakty. Jednak Gruzja to dużo więcej, niż tylko krajobraz. Gruzja to kraj, gdzie już od samego początku poczujesz się jak w domu lub jak w gościach u starych, dobrych znajomych. To ludzie, którzy obdarzą nas niespotykaną gościnnością i życzliwością. A zwieńczeniem wszystkiego będzie gruzińska kuchnia, która zadowoli nawet najbardziej kapryśne gusty, cudowne gruzińskie wino oraz niepowtarzalne uczty z tradycyjnymi toastami.

Gruzja jest jednym z tych terenów, które bez przeszkód można nazwać niebiańskimi, a ten kto choć raz ją zobaczy – zapragnie zostać tam na zawsze.

Zapraszamy więc do Gruzji, kraju winem płynącego.

Stolica Gruzji, czyli Tbilisi.

Podczas pobutu w Gruzji miastem zwiedzanym jako pierwsze zwykle jest stolica, czyli Tbilisi. Wiele osób popełnia kardynalny błąd próbując poznać to miasto przez poruszanie się pomiędzy zabytkami. Mało kto zdaje sobie sprawę ile może ono zyskać gdy porzucimy turystyczne trasy. Unikalne piękno tego miejsca zaklęte jest w schowanych między budynkami zaułkach.

Powitalny toast.

Jeśli mamy to szczęście, że nasz samolot ląduje w Tbilisi w nocy możemy podziwiać pięknie oświetlone budynki i ulice. Jako pierwszą prawdopodobnie dostrzeżemy wieżę telewizyjną wywyższającą się nad miastem. Wielbicielom wina z pewnością spodoba się gruzińska gościnność, której doświadczymy iż podczas odprawa paszportowa, gdyż w tym kraju każdy turysta na powitanie dostaje buteleczkę lokalnego wina. Jest to tylko przedsmak charakterystycznych dla tego kraju uczt i biesiad. Niezapomniane wrażenia gwarantuje już sam przejazd do stolicy. Stan taksówki pozostawia wiele do życzenia, a taksówkarz wraz z radiem próbują się wzajemnie zagłuszyć. Kierowca jest ujmujący jak każdy Gruzin bez przerwy zagaduje klienta z niesłabnącym uśmiechem. Żadnej kobiety przebywającej w Gruzji nie ominie lawina komplementów, która skutecznie podniesie nawet najniższą samoocenę.

Kulturowy i czasowy koktajl.

Tbilisi nazywane jest sercem Kaukazu. Europa długo walczyła z Azją o wpływy na tym terytorium, pozostawiło to liczne pamiątki w architektórze. Niezwykłym jest fakt, że do dzisiaj spacerując po mieście możemy natknąć się na wciąż aktywnie działające jako miejsce kultu meczety, synagogi, świątynie ormiańskie, katolickie  gruzińskie stojące w swoim sąsiedztwie. Ten mix kulturowy zachwyci nie jednego turystę przechadzającego się uliczkami starego miasta.

Jeśli jesteśmy fanami europejskiej strony Gruzji z pewnością powinniśmy odwiedzić aleje Rustawelego. Znajdziemy na niej secesyjne kamienice, przytłaczające swoim rozmiarem  radzieckie gmachy, dziewiętnastowieczne rosyjskie budynki użyteczności publicznej oraz nowoczesne budowle.

Jeśli jednak jesteśmy fanami architektury azjatyckiej prawdopodobnie zostaniemy fanami Łaźni Pstrej oraz Teatru Opery i Baletu. Czymś co przywodzi na myśl kulturę azjatycką  jest sposób poruszania Gruzinów. Ogromna ilość samochodów poruszających się wbrew wszelkim zasadom miesza się z hałasem silników i klaksonów zapominając całkowicie o pieszych próbujących bytować w gąszczu spalin. Miejscowi nauczeni są refleksu i przemykania tuż obok rozpędzonych aut.

Tbilisi można by nazwać stolicą kontrastów. Ramię w ramię stoją futurystyczne budowle i rozpadające się ze starości budynki. Na ulicach mijamy nowoczesne samochody prosto z salonów i dobiegające swoich ostatnich dni żiguli. W centrum możemy zjeść w modnych restauracjach, ale tradycyjnej kuchni możemy skosztować odchodząc nieco na obrzeża i zaglądając na podwórka kamienic. Możemy tam oglądać wypiekanie chleba puri w małych piecykach i tone w tradycyjnych piecach, za przyklejanie ich do wewnętrznych ścianek odpowiadają mężczyźni.

Boski jedzenie

Świerzy chleb z miejscowym słonym serem, pomidorami i ogórkami tworzy idealne połączenie. Jeśli dodamy do tego jeszcze gruzińskie wino niebiańską ucztę mamy zapewnioną. Wspomniany zestaw jest piękny w swojej prostocie zupełnie jak chleb z masłem, który każdy pamięta z dzieciństwa.

Cudowne widoki

Najcudowniejszy widok na stare Tbilisi, rzekę Kurę i kopuły cerkiew górujące nad dachami domów, roztacza się z położonej na szczycie góry twierdzy Narikała. Dodatkowych wrażeń doznamy przebywając tam nocą, skąpani w ciepłym nocnym powietrzu, przyglądając się wijącej się rzece na brzegach której wyrastają z cienia romantycznie podświetlone budynki. Osoby, które na wakacjach cenią wygodę z pewnością ucieszy fakt, że do godziny 24 można wyjechać tam kolejką. Tuż nieopodal murów twierdzy możemy zobaczyć również pomnik Kartlis Deda (Matki Gruzji), która przybyłych w dobrych intencjach wita czarą wina, a nieprzyjaciół gania mieczem. Dla Gruzinów coś jest, albo czarne, albo białe. Co oznacza, że dla przyjaciół są gościnni i pomocni, lecz dla wrogów nie mają skrupułów.

Bardziej i mniej oczywiste skarby

Przechadzkę po Tbilisi warto rozpocząć od zobaczenia cerkwi Anczischati i katedry Sioni, jednych z największych atrakcji turystycznych Gruzji. By na własne oczy zobaczyć mieszankę nowoczesności i klasyki można przejść się wzdłuż brzegu rzeki Kury od Mostu Pokoju, aż do cerkwi Metechi i stojącego przed nią pomnika historycznego założyciela miasta Wachtanga Gorgasala. Następnie by zanurzyć się w lokalnej kulturze najlepiej wybrać się na niezobowiązującą przechadzkę losowymi uliczkami poznając ciekawe małe knajpki i urokliwe zakątki. Na koniec dnia możemy zrelaksować się w restauracji nad Jeziorze Żółwim sącząc kolejny kieliszek wina.

Tibilijskie łaźnie

Czyli miejsce które zapoczątkowało powstanie miasta. Wachtang Gorgasal w V wieku założył je by ludzie mogli zażywać kąpieli w ciepłej wodzie. Teraz łaźnie są miejscem spotkań towarzyskich, biesiad, noclegów, dbania o urodę i higienę, kąpieli w siarkowych źródłach oraz masaży. Te ostatnie wykonywane są przez starsze, dobrze zbudowane kobiety za pomocą szorstkiego ręcznika. Na pierwszy rzut oka może to być nieco zniechęcające jednak dobrze się przełamać i spróbować zabiegu, gdyż po zabiegu poczujemy się wypoczęci i zrelaksowani jak nigdy.

Gruzińskie uczty i biesiady

Wybierając restaurację wart skierować swoje kroki do takiej w której odbywaja się pokazy tradycyjnych tańców. Gruzińska uczta nosi miano supry i jest kompletna tylko wtedy gdy bierze w niej udział tamada odpowiedzialny za wznoszenie toastów, najlepiej by był rodowitym Gruzinem.  Posiłek zaczynamy oczywiście od chaczapuri. Kolejnymi przysmakami, których nie można nie spróbować są kura w sosie orzechowym z bakłażanami i chinkali. Pierwszy toast zawsze wznoszony jest za Boga, kolejny za Gruzję i pokój ostatni za kobiety by były tak piękne i młode jak tego wieczoru. Mężczyźni wypijają ostatni toast na stojąco z większych naczyń niż poprzednie. Dalej już do rana wnoszone są potrawy i kolejne butelki z winem. W Gruzji nie pijemy ostatniego toastu jest przeznaczony dla wrogów.

Sakartwelo gaumardżos! – czyli Niech żyje Gruzja!

Artykuł ten opowiada o nardzie, który biesiady i sztukę ucztowania ma we krwi. Zapraszam na wyprawę do Gruzji!

Już sama legenda o powstaniu Gruzji zastanawia. Bóg, po stworzeniu świata, postanowił podzielić poszczególne krainy pośród stworzonych ludzi. Przywódcy wszystkich narodów od razu ustawili się w długą kolejkę, mając nadzieję na żyzne, bogate terytoria. Jako jedyni Gruzini zignorowali całą sprawę i zamiast stać w kolejce, rozpoczęli wielką ucztę. Bawili się, biesiadowali, tańczyli, śpiewali, jedli i wznosili toasty na cześć Stwórcy. Gdy wszystkie ziemie były już rozdane, sam Bóg zapytał ucztujących – czemu nie zgłosiliście się po swoją część? Wierzymy w Twoją prawość i hojność, zamiast tracić czas w kolejce wychwalaliśmy radośnie Twoją dobroć. Bóg wzruszony taką postawą, zdecydował podarować Gruzinom najpiękniejszy kawałek świata, który początkowo chciał zatrzymać dla siebie – tak właśnie powstała Gruzja.

Legenda piękna i jak każda, zawiera w sobie część prawdy. Gruzini faktycznie kochają biesiadować, a Supra – tradycyjna uczta jest chyba podstawowym elementem ich kultury. Po drugie, ponad wszystko kochają swoją ojczyznę i są absolutnie przekonani, że nigdzie na świecie nie ma piękniejszych gór, ciekawszych zabytków, smaczniejszego jedzenia i doskonalszego wina.  Co interesujące – popieram ich zdanie.

Gruzja oczarowuje widokami i arcyciekawą historią, oraz niespotykaną gościnnością jej mieszkańców. Chyba dlatego ostatnie lata to w polskiej turystyce prawdziwy gruziński boom. To wszystko zapoczątkowała prawdopodobnie nasze polityczne wsparcie w wojnie gruzińsko–rosyjskiej w 2008 roku. Gruzini doceniają i pamiętają o tym geście solidarności z naszej strony, a Polacy przy okazji politycznej zawieruchy zaczęli się bardziej interesować Kaukazem. Oferta niedrogich lotów z Warszawy i Katowic do Kutaisi i Tibilisi spowodowała, że ubiegłego lata Polacy byli jedną z najczęstszych turystycznych narodowości w Gruzji.

W trakcie wycieczki do Gruzji, czy jak nazywają swój kraj Gruzini – do Sakartwelo, każdy odnajdzie coś dla siebie. Wielbiciele górskich wspinaczek tłocznie przybywają do  Swaneti. Monumentane szczyty Szchary i Uszby wywołują niesamowite wrażenie, a wyprawy górskie organizowane przez Swanów, to przygoda jakich mało. W górskich wioskach- Mestii i Uszguli wciąż znajdują się tradycyjne kamienne wieże obronne, które stoją tu od kilkuset lat, jako świadectwo klanowego charakteru lokalnej społeczności.

Gruzja to miejsce idealne dla historyków sztuki i wszelkiej maści kulturoznawców. Średniowieczne świątynie i monastery nie tylko mnożą się w dużych miastach, jak TibilisiMccheta, czy Zugdidi,  odnajdujemy je też pośród lasów i stepów, na odludziu. Najurokliwszy klasztor Dawid Garedża (św. Dawida) położony jest w Kachetii, na granicy z Azerbejdżanem. Aby się do niego dostać trzeba pokonać długie kilometry gruntowej nierównej drogi przez step, ale wysiłek jest wart osiągnięcia celu podróży. Wizyta w klasztorze, otoczonym jaskiniami, w których wciąż znajdują się kilkusetletnie freski chrześcijańskie na długo pozostaje w pamięci. Bardzo ciekawie położona jest również świątynia w Bodbe. To miejsce związane z życiem i działalnością patronki Gruzji – świętej Nino. Zgodnie z tradycją urodzona w Kapadocji święta miała jako jedna z pierwszych rozpowszechnić na Kaukazie dobrą nowinę o zbawieniu. Według podań nauczała o Jezusie, trzymając w ręku krzyż, który zrobiła z gałązek winorośli, połączonych pasmem włosów.

Dla Polaków ważnym punktem wycieczki do Gruzji jest odwiedzenie słynnego Batumi. Ciekawe jest to, że swoją sławę ten czarnomorski kurort zawdzięcza piosence zespołu Alibabki. Niestety z herbacianych pól okalających miasto zostało niewiele, jednak nadal warto zajrzeć do Batumi, przede wszystkim ze względu na znajdujący się niedaleko miasta malowniczy ogród botaniczny. Latem na miłośników plażowania czekają tu szerokie plaże, jedynym ich minusem jest fakt iż są kamieniste.

Historycy i badacze dziejów ZSRR często odwiedzają rodzinną miejscowość Jóżefa Dżugaszwili. W Gori do dziś można zwiedzać muzeum poświęcone biografii Stalina. Można się tu dowiedzieć wielu interesujących faktów na temat dyktatora, takich jak to, że w młodości był dobrze zapowiadającym się poetą, jego publikacje umieszczane były nawet w tbiliskich gazetach pod pseudonimem Soselo. Pracownicy oprowadzający po muzeum cytują jeden z jego pierwszych wierszy pt. „Poranek”: Śpiewał skowronek w błękicie,/Wzlatując ponad obłoki,/I słodko brzmiący słowik /Zakwilił dzieciom z zarośli: /„Rozkwitaj moja Gruzjo!/Niech pokój panuje w kraju!/A wy, przyjaciele, nauką /Rozsławcie swoją ojczyznę!

Każdy kto odwiedził Gruzję będzie marzyć o powrocie tutaj nie tylko  ze względu na piękny krajobraz, ale z tęsknoty za tutejszą kuchnią. Gruzińskie potrawy nie mają sobie równych. W żadnym innym miejscu nie zjecie tak smacznych szaszłyków, nie mówiąc o przepysznych tradycyjnych chaczapuri – plackach z serem, czy wyśmienitych chinkali – pierogach z mięsem. Wszystko jest idealnie przyprawione i urozmaicone świetnymi sosami. Niepowtarzalne gruzińskie wino, dodaje jeszcze więcej smaku każdemu posiłkowi.

Gruzińskie przysłowie mówi, że słońce wschodzi nad domem do którego zawitali goście. Do któregokolwiek z malowniczych zakątków Gruzji pojedziecie, będziecie ugoszczeni po królewsku, gdyż gość w tutejszej tradycji to świętość. Natomiast turysta, czyli gość przybywający, by podziwiać piękno Gruzji staje się gościem arcyważnym. Jeśli jeszcze powiecie, że pochodzicie z Polski – kraju solidarnych z Gruzinami – powodów do rozpoczęcia Supry będzie aż za dużo. Filozofię gruzińskiego biesiadowania najlepiej oddaje opis Ryszarda Kapuścińskiego:
Kto trafił do Gruzji, musi spłacić daninę tutejszym obyczajom. Kto tu trafi, będzie wprowadzony w rytuał biesiady, która dla Gruzina jest smakiem życia. Gruzin ucztuje przy każdej okazji. Jego pociąg do biesiady nie wynika z próżniactwa czy beztroski. Mało widziałem narodów równie pracowitych jak oni. Gruzin lubi, żeby jego dzień pracy i trosk został zamknięty pogodnym akcentem. (…) Żaden dzień nie powtórzy się dwa razy i dlatego każdy z osobna trzeba czcić jak święto, jak wydarzenie. I Gruzin oddaje się temu obrzędowi całym sobą. Biesiada ta nie ma nic wspólnego z wyżerą, z ochlajem, z bibą. Tu się przychodzi żeby mieć przerwę w życiorysie. Gruzin gardzi pijaństwem, nie znosi picia na ilość. Stół jest tylko pretekstem, smakowitym i winem zakrapianym, ale właśnie pretekstem. Okazją żeby uczcić życie.

Gaumardżos! (gruz. na zdrowie).

Ćwiczenie jogi.

Joga to nie jedynie zestaw ćwiczeń fizycznych, ale c mniej oczywiste filozofia życia dążąca do zachowania równowagi pomiędzy ciałem i umysłem. Ćwicząc ciało, dążymy do oczyszczenia umysłu i pozbywamy się ograniczających nas napięć. Jednak nie jest łatwo się odprężyć i odpocząć, gdy zmagamy się z codziennymi kłopotami i uciążliwościami.

Dlatego polecamy Wam unikatowe warsztaty jogi w Gruzji. Atmosfera tego kraju przyczynia się do tego, że każdy, kto tu przyjeżdża natychmiast zapomina o pracy i stresie. Bliskość potężnego Kaukazu, bajkowe widoki i czar dzikiej natury uspokajają nawet najbardziej zszarpane nerwy. Z kolei wszechobecni uśmiechnięci Gruzini pokazują jak zachować dystans do życia i swoich problemów. Jest to więc perfekcyjne miejsce do odbudowy sił i relaksu. Pozwól nam zabrać Cię do Swanetii, nieokiełznanej górskiej krainy, gdzie, dzięki aktywnemu wypoczynkowi i ćwiczeniu jogi, utworzysz więź z przyrodą i nabierzesz zapału do działania. Zadbaj o swoje ciało i umysł, a przy okazji poznaj ten wyśniony kraj od najlepszej strony.

Joga w Gruzji

Chewsuretia, czyli serce Kaukazu Wielkiego.

Chewsuretia to miejscowość w Gruzji znajdująca się około 100 kilometrów czyli 4 godziny jazdy samochodem od Tibilisi. Jako jedno z niewielu miejsc pozostaje jeszcze dzika i słabo opanowana przez ludzi. Niegdysiejsi mieszkańcy słynęli z męstwa i waleczności. Znajduje to odbicie w tutejszej architekturze gdyż nad Chewsureti górują kamienne wierze wybudowane w średniowieczu by chronić granice. Aktualnie na tych terenach pozostali już tylko nieliczni Chewsureti. A wierze pozostawione same sobie powoli wtapiają się w krajobraz dzikiej przyrody.

Droga do Chewsureti

Z Tibilisi jedzie bezpośredni autobus do Barisacho. Odjeżdża o 16:15 z Dworca Didube. Nie jest to przystanek do którego przyzwyczaiły nas polskie standardy. Wyobraźmy sobie błotnisty plac z setkami busów i pieszych przeciskających się pomiędzy straganami z jedzeniem, a wszystko to w otoczeniu smrodu spalin i gwaru ludzi. Jeśli nie znamy gruzińskiego to do odnalezienia odpowiedniego autobusu niezbędna będzie pomoc miejscowych. Stan pojazdów pozostawia wiele do życzenia, nie wspominając już o tym, że miejsce w pojeździe będziemy musieli dzielić z worami i pudłami. Przynajmniej możemy być pewni, że podróż upłynie nam w przyjaznej atmosferze, gdyż wszyscy pasażerowie są uśmiechnięci i zachowują się jakby doskonale się znali. W drodze autobus często się zatrzymuje by kogoś wysadzić, by ktoś inny mógł wsiąść, lub by ludzie odebrali zamówione towary. Jeśli mieliśmy problem ze znalezieniem miejsca na nocleg możemy zapytać kierowce, czy zna kogoś u kogo moglibyśmy zatrzymać się za opłatą.  Bus jest na miejsc po zmroku, przystanek to mały placyk po środku wioseczki. Dla ludzi zamieszkujących to miejsce łazienka z bieżącą wodą jest luksusem.

TAKSÓWKĄ DO SERCA CHEWSURETII

Dalszą trasę dobrze jest rozpocząć wcześnie rano. O 7 niebo dopiero się rozjaśnia nad szczytami gór, mamy pierwszą okazję, żeby rozejrzeć się po wiosce. Wieczorem wszystko ukryte jest w ciemności. Może to i lepiej, bo widok ukazujący się naszym oczom jest dość przygnębiający: stare, rozpadające się domy, jakiś odrapany blok, błotniste uliczki, a na środku placyku stoi białe wiekowe żiguli, stanowiące taksówkę po  po Chewsuretii. Tak nazywa się ten górski region przy granicy z Czeczenią. Jest to jeden z najdzikszych i najbardziej odludnych obszarów Gruzji.

Dalsza część trasy liczy około 40 kilometrów, ale przejechanie nią zajmie ponad 3 godziny. Droga wspina się na przełęcz Datwis Dżwari na wysokości 2676 m n.p.m., wiedzie przez strumienie, serpentyny i urwiska dostarczając wielu wrażeń. Roztaczające się widoki zapierają dech w piersiach, bo wschodzące słońce oblewa ciepłym światłem ogromne góry pokryte wielobarwnymi kobiercem drzew W pazdzierniku jest już jesień wówczas las przybiera płomienne barwy.

WIDOKI Z PRZEŁĘCZY

Kierowca czyni naszą podróż jeszcze bardziej atrakcyjną puszczając rosyjską muzykę na cały regulator. Pali papierosa i ze znakomitym refleksem wymija największe dziury. Warto zatrzymać się na przełęczy, żeby podziwiać szczyty gór wyłaniające się ponad chmurami, przez które uprzednio przejeżdżaliśmy. Znajduje się tu kapliczka, przy której miejscowi czczą boga, lub bogów. W tym regionie wiara chrześcijańska wciąż współistnieje z dawniejszymi wierzeniami pogańskimi. Dlatego też przy kapliczce stoją naczynia z czaczą jako dar dla bóstw.

Wyjątkowo głębokie kaniony są typowe dla krajobrazu Chewsuretii, dlatego nazwa tej krainy pochodzi od gruzińskiego słowa „chewi”, czyli wąwóz. Gdy zjeżdża się po ścianie doliny, nie widac jej dna. Jezdnie trzeba dzielić z stadami owiec wędrującymi na pastwiska. Strzegą ich bardzo groźne i wrzaskliwe psy pasterskie.

KAMIENNA TWIERDZA

Szatili – średniowieczne miasto twierdza. Chewsurowie zawsze musieli walczyć o zachowanie niezależności zarówno z Czeczenami i Inguszami, jak i z samymi Gruzinami. Dlatego też do perfekcji opanowali sztukę fortyfikacji i wojny. Swoje osady budowali przy zboczach gór w miejscach oblewanych przez rwące rzeki. Dzięki temu osady były chronione przez naturę ze wszystkich stron. Poszczególne kamienne domostwa przylegają do siebie tak, że dach jednego stanowi taras następnego. Całość góruje nad doliną rzeki Argun.

Po twierdzy spaceruje się, jak po opuszczonym mieście. O tej porze roku większość mieszkańców już wyjechała na południe, żeby spędzić zimę w bardziej przyjaznym środowisku. Ci, którzy jeszcze są w wiosce, wyjadą w ciągu najbliższego tygodnia. W połowie października zawsze spada pierwszy śnieg i czyni przełęcz nieprzejezdną, a tym samym odcina Szatili od reszty świata. Na zimę pozostają tu tylko dwie osoby. Reszta wraca dopiero w maju, gdy śnieg na przełęczy topnieje.

Niedaleko od starej twierdzy znajduje się nowa osada. Dwa rzędy domków połączonych ze sobą szeregowo, żeby łatwiej było je ogrzać. Przy każdym znajduje się antena satelitarna. Kawałek dalej znajduje się szkoła. Dzieci biegają na lekcje z zeszytami w rękach. Mają tak blisko, że plecaki to niepotrzebny wydatek.

MIASTO NA SZCZYCIE SKAŁY

Z Szatili można pojechać samochodem jeszcze kawałek dalej do Muco. To kolejna średniowieczna twierdza wybudowana na prawie pionowym klifie na wysokości 1880 m n.p.m. Znajduje się tam wciąż 30 domostw, wieże obronne i ruiny innych budowli. Od ponad stu lat twierdza jest pozostawiona sam sobie i niszczeje. Dawniej była jedną z głównych osad w regionie, gdzie żyli królewscy wojownicy broniąc dostępu do Gruzji. Mieli też bronić darów, które ofiarowano czczonej tu ikonie Broliskalo. Zgodnie z legendą podarki są nadal ukryte w okolicy Muco.

Prawdziwym skarbem tego miejsca jest jednak cisza i spokój. Aby dotrzeć do twierdzy trzeba się nieco natrudzić wspinając się stromą ścieżką, ale nasze trudy wynagradza widok na dolinę i wyrastające ponad nią góry. Przez cały dzień można nie spotkać tu ani jednego turysty, dlatego możemy poczuć się jak jedyni obserwatorzy świetnego dzieła. W roli głównej występują zbocza Kaukazu Wielkiego, które sięgają tu 4 500 m n.p.m.

Za myjnie służy tutaj wodospad spływający tuż przy drodze. Taksówka wjeżdża pod strumień wody i z włączonymi wycieraczkami czeka aż woda obmyje zanieczyszczenia. Znowu wspinamy się na przełęcz i zjeżdżamy z niej w stronę Barisacho. Z powrotem w Barisacho jesteśmy wczesnym popołudniem i wyruszamy na spacer po wiosce.

KOLACJA W BARISACHO

Ludzie żyją tu niewyszukanie, niemal ascetycznie.Budynki są sędziwe i zniszczone, przed nimi rdzewieją zdezelowane auta, a w środku wysłużone meble opierają się o sfatygowane ściany. Pomiędzy tym wszystkim przechadzają się znudzone wszędobylskie krowy. W jedynym tutaj sklepie czekamy spokojnie aż kasjerka zakończy rozmowę telefoniczną by nas obsłużyć. Gospodyni wypieka w domu chleb dla całej osady. Po  powrocie podaje kolację.

Pyszne naleśniki, dżem, ciasto, zupę, chleb i ser – wszystko domowej roboty. Gospodyni nie siada jednak z gośćmi przy stole tylko stoi obok i obserwuje nas z zakłopotaniem. Szczuplutka i sprawiająca pozory bardzo delikatnej i kruchej. Jednak spoczywa na niej ciężar utrzymania całej rodziny. Synowie, których wychowuje sama, bo mąż zmarł wiele lat temu. Cicha i skromna, wydaje się, że z cierpliwością przyjmuje swój los.

Po silnej burzy gaśnie światło. Miasteczko pogrąża się w mroku na wiele godzin. Słuchając odgłosów wichury i starego skrzypiącego domu ciężko zasnąć w tym zapomnianym zakątku świata. Autobus do stolicy jezdzi tylko co drugi dzień.

POWRÓT DO CYWILIZACJI

Kierowca Ikarusa, zapytuje o pobyt raz opinie o wszystkich z którymi mieliśmy styczność w wiosce. Odpowiedzi słuchają wszyscy w autobusie i z entuzjazmem przyjmują pochwały. Kierowca taksówki ma tu reputacje miasteczkowego amanta. Autobusem jezdzi też gospodyni. Bolą ją zęby, więc wybrała się do Tbilisi do dentysty. Pasażerowie przez całą drogę plotkują o sprawach lokalnej społeczności.

Trzy godziny jazdy mijają niepostrzeżenie i nagle znów jesteśmy w centrum cywilizacji, na jednym z najbardziej obleganych i najobskurniejszych dworców świata. Zostawiamy za sobą zapierające dech w piersiach krajobrazy i błogą ciszę dzikich gór Kaukazu. Niby trzy godziny jazdy, a między tymi dwoma światami jest istna przepaść.

Supra, czyli gruzińska uczta

Wyjazd do Gruzji to nie tylko zachwycające zabytki z początku naszej ery, piękne widoki z wysokiego Kaukazu, wędrówka przez półpustynie, czy wreszcie podziwianie tropikalnej przyrody. Oczywiście to wszystko, a nawet więcej znajdziemy w tym niedużym kaukaskim kraju.  Jednak czym byłaby wyprawa do Gruzji bez jej wspaniałych potraw i jeszcze doskonalszego wina? Jednak nie wystarczy tylko spróbować poszczególnych potraw, czy wina z różnych szczepów, przebywając w Gruzji trzeba każdy posiłek świętować. Gruzini do perfekcji opanowali sztukę ucztowania i nie mają konkurencji w tej dziedzinie.

Supra – czyli uroczysta biesiada.
Turyści mogą myśleć, że do wydania uroczystej kolacji potrzebny jest jakiś konkretny powód, np. chrzciny, urodziny, wesele itp. w Polsce faktycznie tak jest. Jednak w Gruzji nie potrzeba specjalnego pretekstu aby zasiąść do stołu. Wystarczy, że przyjedzie jakiś gość w odwiedziny, albo sąsiad zajrzy na plotki. W mgnieniu oka na stole zaczyna dziać się magia. Ale po kolei…

Ważni i ważniejsi – czyli kto jest kim przy gruzińskim stole
Każda gruzińska supra musi mieć Tamadę, czyli szefa. Zwykle jest to najstarszy mężczyzna w rodzinie. Tamada siedzi na honorowym miejscu przy stole i szefuje ucztą. Najważniejszą funkcją tamady jest głoszenie toastów. Mylicie się, jeśli myślicie, że to nic skomplikowanego. W Polsce toasty są zwykle jednozdaniowe, bez polotu. W Gruzji czas wygłaszania toastów to nawet kilkanaście minut. Powinny być to toasty zawierające na końcu morał w formie przypowieści, przemyślane, nawiązujące do historii, kultury, czy wydarzeń z życia danej rodziny. Po wzniesionym toaście należy oczywiście wypić do dna. Każdorazowo tamada dba o to aby nasze kielichy znów napełniły się po brzegi pysznym winem lub czaczą.
Jeśli tamada uzna to za właściwe, udzieli pozwolenia na wygłoszenie toastów przez innych uczestników biesiady. Dobrze jest pamiętać, że bez takiego pozwolenia lepiej się nie wychylać.
Zgodnie z tradycją przy biesiadnym stole zasiadają mężczyźni. Kobiety bezdzwięcznie przemykają między kuchnią a jadalnią, przynosząc coraz to nowe potrawy. Oczywiście ta zasada nie dotyczy nas jeśli jesteśmy gośćmi 

Sztuka gruzińskich toastów.
Toasty wygłaszane przy gruzińskim stole nie są przypadkowe. Najważniejszą zasadą jest zachowanie odpowiedniej kolejności. Zaczynamy się od toastów za Boga, za pokój i ojczyznę, za przyjaźń polsko-gruzińską (jeśli akurat gośćmi są Polacy), za rodzinę, za przyjaciół, za kobiety itd. Podczas wznoszenia toastu za kobiety, mężczyźni przy stole wstają, aby wyrazić swój szacunek.

Kiedy pierwszy raz odwiedziłam Gruzję kilka lat temu, najbardziej rozbawił mnie toast wygłoszony przez naszego Tamadę – Avto. Oczywiście najpierw wzniósł toast za Boga, za przyjaciół Polaków, za zdrowie. Następnie rozejrzał się dookoła i zapytał: – Kto z Was ma dzieci? Po zgłoszeniu się kilku osób, popatrzył na na mnie i dwie dziewczyny obok i ze śmiertelnie poważną miną zaczął:
Każdy z nas ma rodziców, niektórzy mają rodzeństwo, a niektórzy już także dzieci. Obyśmy spotkali się za rok i każda z Was (tu wymowne spojrzenie w naszą stronę) miała na każdej ręce po dzieciątku. Po tych słowach na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech, wąsy uniosły się jak na zawołanie, ręce ułożył jakby faktycznie trzymał w nich dwójkę małych dzieci i w takiej pozycji zaczął się delikatnie kołysać z prawej na lewą. Ten toast – jeden z krótszych jakie wygłosił Avto, świetnie oddaje rodzinne usposobienie Gruzinów.

Avto lubił także podczas swych licznych toastów  za rodzinę, lub przyjaciół lubił dodawać:
„sto lat bez kapitalnego remontu”

Przytoczę tu jeszcze kilka krótkich toastów usłyszanych podczas wyjazdw do Gruzji:
„Wypijmy za naszych wspaniałych rodziców, dziękując im za to, że mają tak piękne i mądre dzieci”
Czy z podobnej serii: „żeby nasze dzieci miały bogatych rodziców”

W toastach występują często przypowiastki damsko-męskie. Na ten przykład: Pewien chłopak codziennie chodził do parku, gdzie na ławce całował dziewczynę. Codziennie była to jednak inna dziewczyna. Wypijmy za stałość mężczyzn i zmienność kobiet”

Nie tylko Gruzini na Kaukazie słyną z wygłaszania toastów (choć zdecydowanie przodują w tej dziedzinie) dlatego na koniec powiem toast zasłyszany od Husa Masmalijewa, przyjaciela z Azerbejdżanu.
Pewien stary człowiek mieszkał w górach Kaukazu. Był sam, gdyż jego żona już dawno zmarła. Jedyną jego radością był osiołek. Jednego dnia usłyszał jak jego zwierzak okrutnie wyje. Przestraszył się staruszek i zaczął szukać osła. Nigdzie jednak nie mógł go znaleźć a wycie nie ustawało. W końcu stanął nad studnią, w której już długo nie było wody, zajrzał do środka i zobaczył na jej dnie osła. Biedaczek wpadł do studni. Staruszek długo myślał co zrobić. Był za słaby, żeby wyciągnąć osła ze studni. Postanowił więc z wielkim smutkiem, że zakończy cierpienia osła i zasypie studnie ziemią. I tak poszedł po łopatę i zaczął mozolnie wrzucać ziemię do studni. Po chwili zorientował się, że osioł przestał wyć. Zaglądnął więc do studni, spodziewając się, że  zwierze jest już przysypane ziemią. Ku jego radości zobaczył, że osiołek stoi na kupce ziemi i w momencie kiedy staruszek dorzuca ziemi, osiołek strzepuje ją z grzbietu i udeptuje ją tak, że znajduje się coraz wyżej. Ucieszył się nasz staruszek niezmiernie i zaczął dosypywać ziemi, aż osiołek znalazł się na tyle wysoko, że samodzielnie mógł wyjść ze studni. Wypijmy bracia za to abyśmy jak ten osioł potrafili zrzucać wszelkie przeciwności losu pod swoje stopy i piąć się po nich coraz wyżej.

Sakartwelo gaumardżos! – czyli Niech żyje Gruzja!

Zapraszam na wyprawę do Gruzji!

Już sama legenda o powstaniu Gruzji zastanawia. Bóg, po stworzeniu świata, postanowił podzielić poszczególne krainy pośród stworzonych ludzi. Przywódcy wszystkich narodów odrazu ustawili się w długą kolejkę, mając nadzieję na żyzne, bogate terytoria. Jako jedyni Gruzini zignorowali całą sprawę i zamiast stać w kolejce, rozpoczęli wielką ucztę. Bawili się, biesiadowali, tańczyli, śpiewali, jedli i wznosili toasty na cześć Stwórcy. Gdy wszystkie ziemie były już rozdane, sam Bóg zapytał ucztujących – czemu nie zgłosiliście się po swoją część? Wierzymy w Twoją prawość i hojność, zamiast tracić czas w kolejce wychwalaliśmy radośnie Twoją dobroć. Bóg wzruszony taką postawą, zdecydował podarować Gruzinom najpiękniejszy kawałek świata, który początkowo chciał zatrzymać dla siebie – tak właśnie powstała Gruzja.

Legenda piękna i jak każda, zawiera w sobie część prawdy. Gruzini faktycznie kochają biesiadować, a Supra – tradycyjna uczta jest chyba podstawowym elementem ich kultury. Po drugie, ponad wszystko kochają swoją ojczyznę i są absolutnie przekonani, że nigdzie na świecie nie ma piękniejszych gór, ciekawszych zabytków, smaczniejszego jedzenia i doskonalszego wina.  Co interesujące – popieram ich zdanie.

Gruzja oczarowuje widokami i arcyciekawą historią, oraz niespotykaną gościnnością jej mieszkańców. Chyba dlatego ostatnie lata to w polskiej turystyce prawdziwy gruziński boom. To wszystko zapoczątkowała prawdopodobnie nasze polityczne wsparcie w wojnie gruzińsko–rosyjskiej w 2008 roku. Gruzini doceniają i pamiętają o tym geście solidarności z naszej strony, a Polacy przy okazji politycznej zawieruchy zaczęli się bardziej interesować Kaukazem. Oferta niedrogich lotów z Warszawy i Katowic do Kutaisi i Tibilisi spowodowała, że ubiegłego lata Polacy byli jedną z najczęstszych turystycznych narodowości w Gruzji.

W trakcie wycieczki do Gruzji, czy jak nazywają swój kraj Gruzini – do Sakartwelo, każdy odnajdzie coś dla siebie. Wielbiciele górskich wspinaczek tłocznie przybywają do  Swaneti. Monumentane szczyty Szchary i Uszby wywołują niesamowite wrażenie, a wyprawy górskie organizowane przez Swanów, to przygoda jakich mało. W górskich wioskach- Mestii i Uszguli wciąż znajdują się tradycyjne kamienne wieże obronne, które stoją tu od kilkuset lat, jako świadectwo klanowego charakteru lokalnej społeczności.

Gruzja to miejsce idealne dla historyków sztuki i wszelkiej maści kulturoznawców. Średniowieczne świątynie i monastery nie tylko mnożą się w dużych miastach, jak TibilisiMccheta, czy Zugdidi,  odnajdujemy je też pośród lasów i stepów, na odludziu. Najurokliwszy klasztor Dawid Garedża (św. Dawida) położony jest w Kachetii, na granicy z Azerbejdżanem. Aby się do niego dostać trzeba pokonać długie kilometry gruntowej nierównej drogi przez step, ale wysiłek jest wart osiągnięcia celu podróży. Wizyta w klasztorze, otoczonym jaskiniami, w których wciąż znajdują się kilkusetletnie freski chrześcijańskie na długo pozostaje w pamięci. Bardzo ciekawie położona jest również świątynia w Bodbe. To miejsce związane z życiem i działalnością patronki Gruzji – świętej Nino. Zgodnie z tradycją urodzona w Kapadocji święta miała jako jedna z pierwszych rozpowszechnć na Kaukazie dobrą nowinę o zbawieniu. Według podań nauczała o Jezusie, trzymając w ręku krzyż, który zrobiła z gałązek winorośli, połączonych pasmem włosów.

Dla Polaków ważnym punktem wycieczki do Gruzji jest odwiedzenie słynnego Batumi. Ciekawe jest to, że swoją sławę ten czarnomorski kurort zawdzięcza piosence zespołu Alibabki. Niestety z herbacianych pól okalających miasto zostało niewiele, jednak nadal warto zajrzeć do Batumi, przedewszystkim ze względu na znajdujący się niedaleko miasta malowniczy ogród botaniczny. Latem na miłośników plażowania czekają tu szerokie plaże, jedynym ich minusem jest fakt iz są kamieniste.

Historycy i badacze dziejów ZSRR często odwiedzają rodzinną miejscowość Jóżefa Dżugaszwili. W Gori do dziś można zwiedzać muzeum poświęcone biografii Stalina. Można się tu dowiedzieć wielu interesujących faktów na temat dyktatora, takich jak to, że w młodości był dobrze zapowiadającym się poetą, jeg publikacje umieszczane były nawet w tbiliskich gazetach pod pseudonimem Soselo. Pracownicy oprowadzający po muzeum cytują jeden z jego pierwszych wierszy pt. „Poranek”: Śpiewał skowronek w błękicie,/Wzlatując ponad obłoki,/I słodko brzmiący słowik /Zakwilił dzieciom z zarośli: /„Rozkwitaj moja Gruzjo!/Niech pokój panuje w kraju!/A wy, przyjaciele, nauką /Rozsławcie swoją ojczyznę!

Każdy kto odwiedził Gruzję będzie marzyć o powrocie tutaj nie tylko  ze względu na piękny krajobraz, ale z tęsknoty za tutejszą kuchnią. Gruzińskie potrawy nie mają sobie równych. W żadnym innym miejscu nie zjecie tak smacznych szaszłyków, nie mówiąc o przepysznych tradycyjnych chaczapuri – plackach z serem, czy wyśmienitych chinkali – pierogach z mięsem. Wszystko jest idealnie przyprawione i urozmaicone świetnymi sosami. Niepowtarzalne gruzińskie wino, dodaje jeszcze więcej smaku każdemu posiłkowi.

Gruzińskie przysłowie mówi, że słońce wschodzi nad domem do którego zawitali goście. Do któregokolwiek z malowniczych zakątków Gruzji pojedziecie, będziecie ugoszczeni po królewsku, gdyż gość w tutejszej tradycji to świętość. Natomiast turysta, czyli gość przybywający, by podziwiać piękno Gruzji staje się gościem arcyważnym. Jeśli jeszcze powiecie, że pochodzicie z Polski – kraju solidarnych z Gruzinami – powodów do rozpoczęcia Supry będzie aż za dużo. Filozofię gruzińskiego biesiadowania najlepiej oddaje opis Ryszarda Kapuścińskiego:
Kto trafił do Gruzji, musi spłacić daninę tutejszym obyczajom. Kto tu trafi, będzie wprowadzony w rytuał biesiady, która dla Gruzina jest smakiem życia. Gruzin ucztuje przy każdej okazji. Jego pociąg do biesiady nie wynika z próżniactwa czy beztroski. Mało widziałem narodów równie pracowitych jak oni. Gruzin lubi, żeby jego dzień pracy i trosk został zamknięty pogodnym akcentem. (…) Żaden dzień nie powtórzy się dwa razy i dlatego każdy z osobna trzeba czcić jak święto, jak wydarzenie. I Gruzin oddaje się temu obrzędowi całym sobą. Biesiada ta nie ma nic wspólnego z wyżerą, z ochlajem, z bibą. Tu się przychodzi żeby mieć przerwę w życiorysie. Gruzin gardzi pijaństwem, nie znosi picia na ilość. Stół jest tylko pretekstem, smakowitym i winem zakrapianym, ale właśnie pretekstem. Okazją żeby uczcić życie.

Gaumardżos! (gruz. na zdrowie).

Chaczapuri, czyli podstawa gruzińskiej kuchni

Jadąc do Gruzji musimy widzieć, że jest ona rajem dla łasuchów. Dlatego przedstawiamy absolutną podstawę tej niezwykłej kuchni czyli chaczapuri.
Smaczne potrawy wielu z nas zapewne kojarzą się z skomplikowanymi przepisami. Nic bardziej mylnego! By otrzymać ten przysmak kuchni gruzińskiej wystarczy zmieszać jajka, ser, jogurt i około 3 szklanki mąki. Wiele osób uważa chinkali za potrawę narodową Gruzinów, jednak to chaczapuri można kupić na każdym rogu. Ponadto każdy z 9 regionów wytworzył własny rodzaj tego placka. To jak istotnym elementem kultury Gruzji jest chaczapuri pokazuje tzw. “wskaźnik chaczapuri” stworzony w celu zobrazowania poziomu inflacji w kraju na podstawie kosztów jego produkcji potrawy.


Niewątpliwie każdy kto miał szczęście zjedzenia chaczapuri, czytając ten artykuł rozpływa się na wspomnienie jego smaku.
Spróbujemy opisać go tym którym nie było dane skosztować tego specjału. Słowo chaczapuri pochodzi od wyrazów ხაჭა/khacza – twaróg, პური/puri – chleb Już nazwa sugeruje nam, że jest to rodzaj wypieku z twarogiem. Potrawą podobną do omawianej, ale z pewnością świetnie wszystkim znaną jest pizza z tą jednak różnicą, że na pizzy znajdziemy wiele dodatków, które na chaczapuri nie występują. Oba dania łączy również sposób ich powstania, oba zostały wymyślone przez najuboższą warstwie społeczeństwa z produktów tanich o dużej dostępności. Ciekawostką jest, że 88% społeczeństwa gruzińskiego uważa za smaczniejsze chaczapuri niż pizze.


Każda Gruzinka potrafi wyczarować chaczapuri w kilka minut w domowej kuchni. Jednocześnie każda z receptur nieco różni się od siebie przykładowo tym czy do ciasta dodać proszku do pieczenia czy drożdży, lub czy połączyć mąkę z jogurtem czy mlekiem. Również polecane rodzaje sera różnią się najczęściej jest to jednak słony i niedojrzały ser imeretyński ( jest on ciężko dostępny w Polsce dlatego dobrym rozwiązaniem jest połączenie mozarelli z fetą, wspólnie dadzą dobry smak i konsystencję). Przez to wszystko trudno jest podać jeden ogólny przepis na placek. Zwykle gospodynie dodają do potrawy po prostu produkty, które akurat znajdują się w lodówce.


Przemierzając Gruzję każdego dnia mamy możliwość spróbowania nowej odmiany chaczapuri. Najpopularniejsza wersja to chaczapuri imeretyńskie, okrągłe i płaskie, nadziane serem imeretyńskim. Odmianą którą zwykle serwują budki fast food jest Penovani wyrabiane z ciasta francuskiego. Istnieje też kwadratowa wersja czyli lobiani nadziewana fasolą o kształcie kwadratu. Miłośnicy sera powinni spróbować chaczapuri megrelskiego pokrytego jego dodatkową warstwą na wierzchu. Dla osób, które nie przepadają za serem, a chciałyby skosztować gruzińskiego specjału polecamy pojechać do Chwsuretii gdzie nadziewa się je natką, liśćmi buraków i ziołami. W Oseti znajdziemy chaczapuri z nadzieniem serowo-ziemniaczanym. Wersją najbardziej zbliżoną do pizzy jest dostępne w Swanowie kubdari, znajdziemy w nim mięso zaprawione cebulą z dodatkiem lokalnych przypraw. Esteci z pewnością docenią wariant adżarski. Ma on kształt łódki wypełnionej serem i okrytej surowym żółtkiem i kawałkiem masła. Nie jest to wariant dla osób liczących kalorie. Przed zjedzeniem zawartość placka należy wymieszać, a następnie nabierać przy pomocy oderwanych kawałków pieczywa.
Nie każdy może być zachwycony pomysłem jedzenia surowego jajka, na szczęście w niektórych restauracjach np. w Btumi dostępne są adżarskie chaczapuri bez jajka. Jednak warto się przełamać chociaż raz by móc rozkoszować się smakiem tej potrawy w pełnej krasie.