fbpx

Archives Lipiec 2019

Kaukaz południowy

Interesujesz się kaukazem południowym? Będziesz

mógł się z nim zapoznać podczas tego wyjazdu

Czy lubisz piękne krajobrazy? Od monumentalnych gór

Kaukazu, przez pustynie, jeziora aż po Morze Czarne

zobaczysz ich nie zliczoną ilość

Chciałbyś się dowiedzieć w czym tradycje Gruzin,

Azerów i Ormianów są do siebie zbliżone?

Chcesz spróbować 3 pyszne i konkurujące ze sobą

kaukaskie kuchnie?

Czy podczas wyjazdu chciałbyś zobaczyć maksymalnie

dużo, przy równoczesnym rozkoszowaniu się

gruzińskim winem lub azerską herbatą?

Jeśli TAK, to a wycieczka jest stworzona specjalnie dla

Ciebie!

Pierwszym punktem naszego wyjazdu będzie

Azerbejdżan. Przekonasz się, że ropa to nie jedyne

bogactwo tego pięknego kraju. Zobaczymy śliczne

Baku, w którego starówce można się zakochać

zwiedzimy świątynię czcicieli ognia w Surachanach,

zapoznamy się z księżycowymi krajobrazami pustyni

błotnych, zwiedzimy cudowne pałace Chanów.

Wszystkie atrakcje osładzać nam będzie azerska

herbata podana w tulipanowych szklaneczkach.

Następnym punktem będzie Gruzja, odwiedzimy

Kutaisi oraz Tbilisi, gdzie spacerować będziemy po

urokliwej starówce i zobaczymy to, co w tym mieście

zwraca najwięcej uwagi, zobaczymy imponujące skalne

miasta, zatopimy się w kachetyjskim winie. Kończąc

zwiedzać Gruzję udamy się do Kazbegi, gdzie Wielki

Kaukaz jest na wyciągnięcie ręki.

Ostatnim etapem będzie Armenia– zwiedzimy

malowniczo położone klasztory i świątynie,

zatrzymamy się nad Sewanem – czyli armeńskim

morzem; zobaczymy największy cmentarz chaczkarów i

skończymy ormiańską przygodę w Erywaniu.

W trakcie tego wyjazdu zwiedzimy 3 różne kraje,

zobaczymy zabytki należące do 3 różnych kultur,

poznamy 3 różne tradycje, zapoznamy się z 3 różnymi

kuchniami. Jednak jedno pozostanie bezmienie –

wielka GOŚCINNOŚĆ mieszkańców tych krajów. Mimo

zmian krajobrazowych – przychylne nastawienie będzie

niezmienne.

Gruzja – Armenia – Azerbejdżan

Chewsuretia, czyli serce Kaukazu Wielkiego.

Chewsuretia to miejscowość w Gruzji znajdująca się około 100 kilometrów czyli 4 godziny jazdy samochodem od Tibilisi. Jako jedno z niewielu miejsc pozostaje jeszcze dzika i słabo opanowana przez ludzi. Niegdysiejsi mieszkańcy słynęli z męstwa i waleczności. Znajduje to odbicie w tutejszej architekturze gdyż nad Chewsureti górują kamienne wierze wybudowane w średniowieczu by chronić granice. Aktualnie na tych terenach pozostali już tylko nieliczni Chewsureti. A wierze pozostawione same sobie powoli wtapiają się w krajobraz dzikiej przyrody.

Droga do Chewsureti

Z Tibilisi jedzie bezpośredni autobus do Barisacho. Odjeżdża o 16:15 z Dworca Didube. Nie jest to przystanek do którego przyzwyczaiły nas polskie standardy. Wyobraźmy sobie błotnisty plac z setkami busów i pieszych przeciskających się pomiędzy straganami z jedzeniem, a wszystko to w otoczeniu smrodu spalin i gwaru ludzi. Jeśli nie znamy gruzińskiego to do odnalezienia odpowiedniego autobusu niezbędna będzie pomoc miejscowych. Stan pojazdów pozostawia wiele do życzenia, nie wspominając już o tym, że miejsce w pojeździe będziemy musieli dzielić z worami i pudłami. Przynajmniej możemy być pewni, że podróż upłynie nam w przyjaznej atmosferze, gdyż wszyscy pasażerowie są uśmiechnięci i zachowują się jakby doskonale się znali. W drodze autobus często się zatrzymuje by kogoś wysadzić, by ktoś inny mógł wsiąść, lub by ludzie odebrali zamówione towary. Jeśli mieliśmy problem ze znalezieniem miejsca na nocleg możemy zapytać kierowce, czy zna kogoś u kogo moglibyśmy zatrzymać się za opłatą.  Bus jest na miejsc po zmroku, przystanek to mały placyk po środku wioseczki. Dla ludzi zamieszkujących to miejsce łazienka z bieżącą wodą jest luksusem.

TAKSÓWKĄ DO SERCA CHEWSURETII

Dalszą trasę dobrze jest rozpocząć wcześnie rano. O 7 niebo dopiero się rozjaśnia nad szczytami gór, mamy pierwszą okazję, żeby rozejrzeć się po wiosce. Wieczorem wszystko ukryte jest w ciemności. Może to i lepiej, bo widok ukazujący się naszym oczom jest dość przygnębiający: stare, rozpadające się domy, jakiś odrapany blok, błotniste uliczki, a na środku placyku stoi białe wiekowe żiguli, stanowiące taksówkę po  po Chewsuretii. Tak nazywa się ten górski region przy granicy z Czeczenią. Jest to jeden z najdzikszych i najbardziej odludnych obszarów Gruzji.

Dalsza część trasy liczy około 40 kilometrów, ale przejechanie nią zajmie ponad 3 godziny. Droga wspina się na przełęcz Datwis Dżwari na wysokości 2676 m n.p.m., wiedzie przez strumienie, serpentyny i urwiska dostarczając wielu wrażeń. Roztaczające się widoki zapierają dech w piersiach, bo wschodzące słońce oblewa ciepłym światłem ogromne góry pokryte wielobarwnymi kobiercem drzew W pazdzierniku jest już jesień wówczas las przybiera płomienne barwy.

WIDOKI Z PRZEŁĘCZY

Kierowca czyni naszą podróż jeszcze bardziej atrakcyjną puszczając rosyjską muzykę na cały regulator. Pali papierosa i ze znakomitym refleksem wymija największe dziury. Warto zatrzymać się na przełęczy, żeby podziwiać szczyty gór wyłaniające się ponad chmurami, przez które uprzednio przejeżdżaliśmy. Znajduje się tu kapliczka, przy której miejscowi czczą boga, lub bogów. W tym regionie wiara chrześcijańska wciąż współistnieje z dawniejszymi wierzeniami pogańskimi. Dlatego też przy kapliczce stoją naczynia z czaczą jako dar dla bóstw.

Wyjątkowo głębokie kaniony są typowe dla krajobrazu Chewsuretii, dlatego nazwa tej krainy pochodzi od gruzińskiego słowa „chewi”, czyli wąwóz. Gdy zjeżdża się po ścianie doliny, nie widac jej dna. Jezdnie trzeba dzielić z stadami owiec wędrującymi na pastwiska. Strzegą ich bardzo groźne i wrzaskliwe psy pasterskie.

KAMIENNA TWIERDZA

Szatili – średniowieczne miasto twierdza. Chewsurowie zawsze musieli walczyć o zachowanie niezależności zarówno z Czeczenami i Inguszami, jak i z samymi Gruzinami. Dlatego też do perfekcji opanowali sztukę fortyfikacji i wojny. Swoje osady budowali przy zboczach gór w miejscach oblewanych przez rwące rzeki. Dzięki temu osady były chronione przez naturę ze wszystkich stron. Poszczególne kamienne domostwa przylegają do siebie tak, że dach jednego stanowi taras następnego. Całość góruje nad doliną rzeki Argun.

Po twierdzy spaceruje się, jak po opuszczonym mieście. O tej porze roku większość mieszkańców już wyjechała na południe, żeby spędzić zimę w bardziej przyjaznym środowisku. Ci, którzy jeszcze są w wiosce, wyjadą w ciągu najbliższego tygodnia. W połowie października zawsze spada pierwszy śnieg i czyni przełęcz nieprzejezdną, a tym samym odcina Szatili od reszty świata. Na zimę pozostają tu tylko dwie osoby. Reszta wraca dopiero w maju, gdy śnieg na przełęczy topnieje.

Niedaleko od starej twierdzy znajduje się nowa osada. Dwa rzędy domków połączonych ze sobą szeregowo, żeby łatwiej było je ogrzać. Przy każdym znajduje się antena satelitarna. Kawałek dalej znajduje się szkoła. Dzieci biegają na lekcje z zeszytami w rękach. Mają tak blisko, że plecaki to niepotrzebny wydatek.

MIASTO NA SZCZYCIE SKAŁY

Z Szatili można pojechać samochodem jeszcze kawałek dalej do Muco. To kolejna średniowieczna twierdza wybudowana na prawie pionowym klifie na wysokości 1880 m n.p.m. Znajduje się tam wciąż 30 domostw, wieże obronne i ruiny innych budowli. Od ponad stu lat twierdza jest pozostawiona sam sobie i niszczeje. Dawniej była jedną z głównych osad w regionie, gdzie żyli królewscy wojownicy broniąc dostępu do Gruzji. Mieli też bronić darów, które ofiarowano czczonej tu ikonie Broliskalo. Zgodnie z legendą podarki są nadal ukryte w okolicy Muco.

Prawdziwym skarbem tego miejsca jest jednak cisza i spokój. Aby dotrzeć do twierdzy trzeba się nieco natrudzić wspinając się stromą ścieżką, ale nasze trudy wynagradza widok na dolinę i wyrastające ponad nią góry. Przez cały dzień można nie spotkać tu ani jednego turysty, dlatego możemy poczuć się jak jedyni obserwatorzy świetnego dzieła. W roli głównej występują zbocza Kaukazu Wielkiego, które sięgają tu 4 500 m n.p.m.

Za myjnie służy tutaj wodospad spływający tuż przy drodze. Taksówka wjeżdża pod strumień wody i z włączonymi wycieraczkami czeka aż woda obmyje zanieczyszczenia. Znowu wspinamy się na przełęcz i zjeżdżamy z niej w stronę Barisacho. Z powrotem w Barisacho jesteśmy wczesnym popołudniem i wyruszamy na spacer po wiosce.

KOLACJA W BARISACHO

Ludzie żyją tu niewyszukanie, niemal ascetycznie.Budynki są sędziwe i zniszczone, przed nimi rdzewieją zdezelowane auta, a w środku wysłużone meble opierają się o sfatygowane ściany. Pomiędzy tym wszystkim przechadzają się znudzone wszędobylskie krowy. W jedynym tutaj sklepie czekamy spokojnie aż kasjerka zakończy rozmowę telefoniczną by nas obsłużyć. Gospodyni wypieka w domu chleb dla całej osady. Po  powrocie podaje kolację.

Pyszne naleśniki, dżem, ciasto, zupę, chleb i ser – wszystko domowej roboty. Gospodyni nie siada jednak z gośćmi przy stole tylko stoi obok i obserwuje nas z zakłopotaniem. Szczuplutka i sprawiająca pozory bardzo delikatnej i kruchej. Jednak spoczywa na niej ciężar utrzymania całej rodziny. Synowie, których wychowuje sama, bo mąż zmarł wiele lat temu. Cicha i skromna, wydaje się, że z cierpliwością przyjmuje swój los.

Po silnej burzy gaśnie światło. Miasteczko pogrąża się w mroku na wiele godzin. Słuchając odgłosów wichury i starego skrzypiącego domu ciężko zasnąć w tym zapomnianym zakątku świata. Autobus do stolicy jezdzi tylko co drugi dzień.

POWRÓT DO CYWILIZACJI

Kierowca Ikarusa, zapytuje o pobyt raz opinie o wszystkich z którymi mieliśmy styczność w wiosce. Odpowiedzi słuchają wszyscy w autobusie i z entuzjazmem przyjmują pochwały. Kierowca taksówki ma tu reputacje miasteczkowego amanta. Autobusem jezdzi też gospodyni. Bolą ją zęby, więc wybrała się do Tbilisi do dentysty. Pasażerowie przez całą drogę plotkują o sprawach lokalnej społeczności.

Trzy godziny jazdy mijają niepostrzeżenie i nagle znów jesteśmy w centrum cywilizacji, na jednym z najbardziej obleganych i najobskurniejszych dworców świata. Zostawiamy za sobą zapierające dech w piersiach krajobrazy i błogą ciszę dzikich gór Kaukazu. Niby trzy godziny jazdy, a między tymi dwoma światami jest istna przepaść.

Baku. Stolica Azerbejdżanu.

Pierwsze kroki w Azerbejdżanie prawdopodobnie postawimy właśnie w Baku, wynika to z faktu iż pewnie wylądujemy na tutejszym lotnisku, lub wysiądziemy na miejscowym dworc z pociągu z Tibilisi. Niewątpliwie jest to właściwe miejsce by rzpocząć zwiedzanie tego kraju.

BAKU – Wiatr i Ogień

Nazwa Baku powstała przez skrócenie słowa Badkube pochodzącego z perskiego i oznaczającego uderzenie wiatru. Bez wątpienia nazwa jest jak najbardziej trafna ponieważ w dwumilionowej stolicy położonej nad Morzem Kaspijskim naprawdę potrafi mocno zawiać.

Termin Azerbejdżan oznacza natomiast krainę wiecznego ognia.  Ważną rolę w histori kaukaskiego państwa odegrali zoroastrianie, którzy trzcili ogień.

Baku – Stolica różnorodności

Baku możemy nazwać właśnie stolicą różnorodności przez fakt iż bez trudności zauważymy tutaj różnicę między centrum a obrzeżami miasta. W centralnej części możemy zachwycać się nowoczesną formą domów i wieżowców ze szkła i metalu. Gdy jednak przemieścimy się w stronę peryferii i przekroczymy mury starego miasta w ciągu kilku minut odbędziemy podróż o kilka stuleci wstecz. Starówka Baku ma w sobie coś z magicznego labiryntu. Pełna wąskich uliczek w których z pewnością zgubimy drogę, małe kawiarenki, puby i klimatyczne sklepiki.

Herbata w Baku

Widok sklepikarzy nieśpiesznie pijących herbatę pomaga zwolnić nawet najbardziej wciągniętym w europejskie standardy osobom. To właśnie ten napój w Azerbejdżanie pija się niemal nałogowo. Miłośnicy herbaty odnajdą tutaj swój raj gdyż zostaną poczęstowani herbatą w każdym sklepie w którym akurat będziemy robić zakupy. Rodowici Azerbejdżanie doskonale wiedzą jak zaparzyć najlepszą herbatę i jak dbać o to by zbyt prędko nie ostygła. Zwykle podaje się ją w niewielkich, tulipanowych szklankach i co pewien czas uzupełnia. Jeśli kiedyś mieliśmy okazję spróbować herbaty w Turcji może zdziwić nas fakt, że tutaj otrzymamy napój nieposłodzony i zostaniemy zachęceni do przegryzania go cukierkami.

Zwiedzanie Baku

Pierwszym zabytkiem na który warto poświęcić swój czas jest Baszta Dziewicza. Możemy na nią wejść by obserwować miasto z góry. Miejsce to owiane jest wieloma legendami. Azerbejdżanie najbardziej lubią tą romantyczną: dawno temu gdy Baku zmuszone było do bezustannej ochrony przed najazdami wrogów baszta była skarbcem. Jak sama nazwa wskazuje ma on za zadanie chronienie tego co najcenniejsze w przypadku mentalności mieszkańców Kaukazu były to oczywiście kobiety. Tą opowieścią zwykle tłumaczony jest drugi człon nazwy zabytku.

Dla miłośników nietypowych muzeów ciekawymi propozycjami są Muzeum Miniaturowych Książek, czy Muzeum Dywanów. Dla osób, preferujących tradycyjne muzea jest Muzeum Historyczne.

Znajdziemy tu także meczet Muhammada nazywany złamaną wierzą i Pałac Szachów Szyrwanu z XIV-XVIw.

Klimat Baku

Poza starówką ulice Baku są szerokie, jednak kierowcy kompletnie nie liczą się z żadnymi przepisami drogowymi. Wybawieniem dla pieszych są na szczęście podziemne przejścia nie dość, że praktyczne to jeszcze niejednokrotnie pięknie zdobione. W przeciwieństwie do naszych polskich przyzwyczajeń stacje metra i właśnie podziemne przejścia nie są brudne i niebezpieczne. Zwykle wyłożone są pięknymi kafelkami i klimatycznie oświetlone. Mieszkańcy Azerbejdżanu są niesamowicie gościnni. Jeśli zgubimy drogę, lub nie będziemy mogli dotrzeć do jakiegoś punktu z pewnością Azerowie przyjdą nam z pomocą. Gdy jeszcze wspomnimy, że przyjechaliśmy z Polski to skala uprzejmości jeszcze bardziej się poszerzy. Polacy przyczynili się w Baku, a jego mieszkańcy świetnie o tym pamiętają.